Teraz to już na poważnie.Nauka i jeszcze raz nauka.
Sprichst du Deutsch?
Nein.
Was, Wie, Wer, Woher, Wu
i nic nie pomoże.
Poniedziałek. Zaczyna się męczenie głowy.


Po kilku chwilach jesteśmy na miejscu. Wszyscy się rzucają, by opowiedzieć nam
historię tego miejsca. Tutaj każdy koń ci ją opowie. Grupa językowa pod wezwaniem i opieką Vater Lau (Speedy Gonzalez: schnela, schnela wir habe keine zeit) jest chętna do wysłuchania tej historii. A chętnymi byli Patrick z Polski, znajomy księdza Krupy i señorita Ester z Hiszpanii, z Madrytu, która pracuje w jednych ze szkół Sercanów i jest odpowiedzialna za wymianę uczniów między Hiszpanią a Niemcami (Handrup) i Polską (Sosnowiec).
W bardzo słoneczny dzień możemy się przejść i przejechać po uliczkach tego tak przeuroczego miasteczka. Można rzucić okiem
na małą Wenecję, może z takim przedsmakiem zobaczenia prawdziwej. Oczywiście jeżeli zostanie mi zapału do zwiedzania.
No ale, schnela, schnela czas ucieka i trzeba wracać do Niemiec.
Sobota. Jeszcze jest trochę czasu przed rozpoczęciem zmagań umysłowych.Mając trochę czasu i korzystając z uprzejmości tutejszych współbraci wybieramy się, by rzucić trochę okiem na Schwarzwald (Czarną Puszczę – w wolnym tłumaczniu).
Będąc na wysokości 1243 metrów można się trochę rozerwać i dołączyć do krążących w pobliżu orłów lub jakiś innych większych ptaków. Niestety nie udało mi się złapać ich w obiektyw.Natomiast kilku śmiałków owegoż dołączania się do podniebnych lotów udało mi się umieścić pomiędzy bitami mojej karty pamięci.
Wieczorem inne atrakcje. Będąc w Niemczech dałem się unieść, może nie całkiem ponieść, rozgrywkom Mundialowym. 4 zu 0. Dobrze jest widzieć, że ludzie się cieszą z wygranej. Można było to zaobserwować wieczorem na mieście.
Przy katedrze ludzie świętują w sposób zorganizowany.
Tak, żeby zacząć łagodnie to mały rzut oka na panoramę z balkonu. No cóż piękne drzewo przesłania trochę widok, więc trzeba się udać w inne miejsca.
Co by tu można zobaczyć? Tak na pierwszy szybki bieg przez miasto dla
zapoznania się z topografią miasta. Pierwsze to katedra, żeby tak po chrześcijańsku. No ale koło katedry rozbijają się dziwne namioty. Czyżby cyrk. O nie. Trafiliśmy na tydzień wina. Zdecydowanie będzie trzeba popróbować. O tym nie wiem czy wam napiszę.
warzywa i wiele innych rzeczy. Widać, że i gołębiom jest gorąco i przepuszczają powietrze gdzie tylko można. Tutaj muszę pozdrowić moich podopiecznych w Rzymie. Może jakaś dobra dusza wylałaby tam wieczorem na dachu trochę wody. Jak wiecie w Rzymie ogłoszono trzeci stopień alarmu z powodu gorąca. A te biedactwa tak się teraz trudzą.



Szczęśliwie lądujemy w Basel w Szwajcarii. Gdzie miał oczekiwać na mnie niemiecki Pater\ksiądz Heinz Lau SCJ. No i go nie ma.
